piątek, 21 kwietnia 2023

Epilog

 


Kilkanaście miesięcy później 



Z niemałym zadowoleniem przyglądam się idealnie zaparkowanemu przeze mnie przed momentem samochodowi, zakładając na ramię torbę wypełnioną po brzegi opasłymi podręcznikami i notatnikami. Następnie pokonuję parking spokojnym marszem z przepełniającą mnie dumą z samej siebie, że wbrew obawom mojego ukochanego chłopaka w żaden sposób nie uszkodziłam dzisiaj jego oczka w głowie, które traktował niczym swój najcenniejszy skarb, co wytknęłam mu zresztą o poranku kilka razy, gdy pełen obaw i strachu oddawał mi z niemałymi wątpliwościami kluczyki. Dając przy tym setkę rad, jak powinnam się właściwie obchodzić z jego autem.


Z każdym dniem czułam się coraz pewniej i swobodniej za kierownicą, mimo że tuż po odebraniu prawa jazdy przed ponad już miesiącem, wcale się na to nie zanosiło. Stopniowo przełamywałam jednak swoją niepewność i nabierałam tak potrzebnego mi doświadczenia na drodze. Zwłaszcza że posiadanie prawa jazdy było niczym zbawienie w ostatnich dniach, gdy niekiedy ogromnie trudno było mi pogodzić początkową fazę studiów doktoranckich z uwielbianym, ale równocześnie niezwykle wymagającym stażem, gdzie z każdym dniem skrupulatnie uczyłam się swoich, miałam nadzieję przyszłych obowiązków, licząc na zatrudnienie po jego ukończeniu w miejskim muzeum jako renowatorki obrazów i eksponatów. Choć czasami było naprawdę ciężko, nie zamierzałam zbyt łatwo się poddawać i z uporem dążyłam do osiągnięcia założonych sobie kilka miesięcy temu celów i spełnienia posiadanych w sobie ambicji o dokonaniu czegoś zasługującego na warte wyróżnienia.


Mimo sporego zmęczenia dzisiejszymi kilkugodzinnymi wymagającymi zajęciami na uniwersytecie i pracą nad dość ambitnym i mocno angażującym projektem, jaki tworzyliśmy wspólnie z Domenico, który również postanowił kontynuować swoją dalszą naukę i powalczyć o tytuł doktora ku mojej ogromnej radości, bo z nim u boku było mi o wiele raźniej. Dzięki temu mogliśmy się wzajemnie wspierać i motywować, co czasami było na wagę złota. Z szerokim uśmiechem otwieram drzwi od mieszkania, odliczając sekundy do pojawienia się przy nich Effiego, który wprost rzuca się na mnie z euforią po tych kilku godzinach naszej rozłąki, jakby minęły co najmniej lata. Wprost uwielbiałam wracać do mieszkania, czy to z kolejnych wykładów, czy po ciężkim dniu pracy w muzeum ze świadomością, że dwie najbliższe mi istoty na tym świecie już na mnie czekają, z niecierpliwością oczekując wspólnie spędzonego popołudnia, czy też wieczoru w iście harmonijnej rodzinnej atmosferze. Nasza trójka już dawno temu stworzyła sobie szczelną bańkę szczęścia, której przebicie graniczyło w ostatnich miesiącach z prawdziwym cudem. Wszystko układało się niemal perfekcyjnie i miałam nadzieję, że tak już pozostanie. Po tym, przez co musieliśmy przejść, aby być razem, zdecydowanie się nam to należało.



- Proszę, oddaję twoje "dziecko" całe i zdrowe. Bez ani jednej ryski. Możesz odetchnąć z ulgą - wręczam Stefanowi kluczyki od samochodu z nieukrywanym śmiechem, całując go przy tym krótko na przywitanie, co przyjmuje ze sporą aprobatą. Choć nasz związek trwał już od dłuższego czasu, nadal byliśmy w sobie ślepo zakochani, a pod wieloma względami miał się on nawet o wiele lepiej niż na początku. Głównie ze względu na to, że z biegiem czasu zaczęło mi być o wiele łatwiej rozmawiać o uczuciach, a przede wszystkim je okazywać. Wciąż daleko mi było do przesadnej wylewności, ale i tak uczyniłam w tej kwestii ogromne postępy ku uciesze Stefana. Nasza komunikacja również stanowczo się poprawiła. Już nie tłumiliśmy w sobie problemów, a dyskutowaliśmy o nich, starając się wspólnie znaleźć ich rozwiązanie. Dzięki czemu skończyły się niedomówienia, czy absurdalne nieporozumienia o jakieś błahostki.
- Wcale się tym nie martwiłem. Wiesz przecież, że bardzo wierzę w twoje umiejętności na drodze - przytula mnie do siebie, gdy spoglądam na niego z wyrazem sporego powątpiewania w usłyszane słowa.
- Czyżby? Ciekawe więc, dlaczego rano wyglądałeś, jakbyś miał dostać zawału, gdy poprosiłam o kluczyki. Gdybyś wtedy widział tylko swoją minę, gdy uświadomiłeś sobie, że pierwszy raz będę prowadzić bez twojej asysty. Była bezcenna - nawiązuje do naszej przezabawnej wymiany zdań o poranku. Chichocząc z jego namacalnego przerażenia.
- Widocznie ci się wydawało. Jesteś głodna, czy możemy od razu przejść do głównej niespodzianki dnia? - usilnie stara się zmienić temat, a ja przyglądam się mu z nieukrywanym niezrozumieniem. Cóż on znowu wymyślił?
- O jakiej niespodziance mówisz? - dopytuję, bojąc się, co takiego mogło na mnie czekać. - Myślałam, że wczoraj wystarczająco uczciliśmy moje urodziny. Przecież byliśmy na kolacji i dostałam od ciebie wystarczający prezent. Stefan, obiecałeś mi, że nie będzie w tym roku żadnych szaleństw z powodu głupiej zmiany cyferki w moim wieku. Moje urodziny są co roku, to żadne wielkie wydarzenie, które wymagałoby hucznego świętowania, wiesz?
- Ile razy jeszcze będę ci powtarzał, że akurat dla mnie to jest wielkie wydarzenie. Chyba nie sądziłaś więc, że naprawdę poprzestanę na tej kolacji. To była dopiero przystawka. Wiem, że nie lubisz niespodzianek, ale zaufaj mi, że ta na pewno przypadnie ci do gustu. Rozchmurz się - stara się nastawić mnie optymistycznie. - Kochanie, trochę więcej wiary we mnie. Zazwyczaj trafiam w twój gust i dobrze się bawimy, prawda?
- Jesteś niemożliwy - kręcę głową, wzdychając lekko pod nosem wyraźnie pokonana. Gdy Stefan się na coś uprze, nic nie jest w stanie go powstrzymać. Mogłam więc zapomnieć o spokojnym piątkowym wieczorze spędzonym na kanapie.
- Bierzmy Effiego i się zbierajmy. Szkoda marnować czasu - ta informacja jeszcze bardziej mnie zadziwia.
- Effi wybiera się z nami? Co ty tym razem wymyśliłeś? - zastanawiam się, nie mając nawet mglistego pojęcia, gdzie możemy się udać razem z naszym kochanym pupilem.
- Oczywiście, że wybiera. Jestem pewien, że on również będzie zadowolony z miejsca, do którego zmierzamy - Stefan uśmiecha się tajemniczo, podążając w stronę wyjścia z mieszkania. Będąc wyraźnie podekscytowanym.


Droga w nadal zupełnie nieznaną mi lokalizację upływa nam w spokojnej i przyjemnej atmosferze. Kiedy Effi wygląda z zadowoleniem przez lekko uchylone okno z tyłu samochodu, ja opowiadam Stefanowi o tym jak minął mi dzień, a on słucha tego w skupieniu i z jawnym zainteresowaniem, jak zresztą wszystkiego, co dotyczyło mojej osoby, niekiedy wtrącając jakieś pomocnicze pytania. To nie zmieniło się nic a nic od początku naszej znajomości. Interesowanie się tą drugą osobą mimo upływu czasu nadal pozostawało na takim samym poziomie zaangażowania.
- Daleko jeszcze? - pytam w końcu z lekką niecierpliwością. Zauważając, że znajdowaliśmy się już niemal na obrzeżach miasta. To wprawiło mnie tylko w jeszcze większą dezorientację. Czego moglibyśmy tutaj szukać?
- Za chwilę będziemy na miejscu. Zamknij oczy i nie podglądaj - prosi, a ja spełniam jego prośbę bez żadnych protestów. Doceniając to, że na pewno zadał sobie sporo trudu w przygotowanie tego czegoś, co za chwilę miałam nareszcie odkryć.



Wysiadam z samochodu na oślep, trzymając kurczowo Stefana, aby przypadkiem się nie wywrócić. Będąc coraz bardziej zaciekawiona całą tą tajemniczą otoczką i brakiem jakichkolwiek wskazówek. Jedyne co wiedziałam to, że mogłam się spodziewać dosłownie wszystkiego.
- Jesteś gotowa? - stara się upewnić, a ja kiwam na potwierdzenie szybko głową. Po czym otwieram oczy, wpatrując w przepiękny dom, który miałam przed sobą z jeszcze piękniejszym ogrodem, jaki go otaczał. Spoglądam to na naprawdę sporej wielkości budynek, to na Stefana niczego z tego nie rozumiejąc. Co on takiego wykombinował, że znaleźliśmy się akurat tutaj i w jakim celu?
- Czyj to dom i co my tutaj w ogóle robimy? - próbuję uzyskać jakieś wyjaśnienia. Będąc coraz mocniej skonfudowaną. To stawało się coraz dziwniejsze.
- Tak właściwie, to my jesteśmy jego właścicielami. Od ponad dwóch miesięcy to nasz dom. Chciałem, żebyś dostała na te urodziny niezapomniany prezent. Będący ukonorowaniem tego pełnego sukcesów dla ciebie roku i szczerze liczę, że mi się udało - tłumaczy niewzruszony, a ja mam wrażenie, że zwyczajnie śnie. To nie mogła być przecież prawda. Nierealne było to, że mieliśmy niby tutaj zamieszkać.
- To jakiś żart? Wkręcasz mnie, prawda? - starając się wyjść z szoku, szukam u Stefana oznak rozbawienia, ale wyglądał na całkowicie poważnego. - Nie mogłeś kupić tego domu. To niemożliwe. 
- Ale go kupiłem. Już dawno zgodnie przecież uznaliśmy, że mamy trochę za mało miejsca w obecnym mieszkaniu, a Effiemu przydałby się jakiś większy plac do samodzielnego wybiegania niż ten często kompletnie zatłoczony park, teraz ma więc ogród. Poza tym od zawsze marzyłaś o rodzinnym domu z kominkiem. Chciałem spełnić to marzenie, a skoro nadarzyła się do tego okazja, to dlaczego jej nie wykorzystać? - przytula mnie do swojego boku, a ja nadal nie potrafię przyswoić tej nowej rzeczywistości, którą właśnie mi serwował. Jak niby miałam zmierzyć się z tą nagłą bombą, którą tak gwałtownie i bez żadnego ostrzeżenia mi przedstawił.
- Ja nie wiem, co mam powiedzieć. Jestem w kompletnym szoku. Nie dociera do mnie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Zaraz się pewnie obudzę - mówię szczerze, co przyprawia go o lekki śmiech. - Jesteś najbardziej nieobliczalnym człowiekiem pod słońcem, przysięgam. Ten dom wygląda wspaniale i  przekracza sobą jakiekolwiek wyobrażenia, ale to stanowczo za wiele, jak dla mnie. Coś ty najlepszego zrobił? Jak ja mam się do tego w ogóle ustosunkować?
- Po raz pierwszy doprowadziłem cię do stanu, gdy nie wiesz, co powiedzieć. To dopiero sukces. Chyba osiągnąłem swój życiowy cel - gromie go wzrokiem, ale niewiele sobie z tego robi. - Heidi, zasługujesz na o wiele więcej niż ten dom, a ja jestem tym kimś, kto ma ci to nareszcie uświadomić. Chcę, żebyśmy to właśnie tutaj przeżyli swoje życie i stworzyli najpiękniejsze wspomnienia. Marzę, aby zestarzeć się z tobą w tym domu i za pięćdziesiąt lat pić każdego dnia poranną herbatę albo kawę na tej werandzie lub przy kuchennym stole. Pragnę wychować tutaj z tobą nasze dzieci i być po prostu szczęśliwym. Kocham cię i gdybym tylko mógł, to przychyliłbym ci nieba - słucham tego wyznania, patrząc mu prosto w oczy. Starając nie rozpłakać się ze wzruszenia. Czasami nadal trudno było mi uwierzyć, że Stefan to właśnie ze mną chciał dzielić swoje życie, wybierając z setek innych zapewne o wiele lepszych kandydatek.
- Nie chcę nieba, wystarczy mi, że ty zawsze będziesz obok mnie - ściskam mocniej jego dłoń. - Tak bardzo cię kocham. Nigdy nie odwdzięczę ci się za to wszystko, co dla mnie robisz - ocieram lekko łzę z policzka.
- Z wzajemnością. Uznajmy więc, że jesteśmy kwita.



- To jeszcze nie koniec niespodzianki. Czas, żebyś zobaczyła wnętrze. Kto wie, czy wtedy ten cały magiczny czar nie pryśnie. Modlę się tylko, abym nie przesadził z ilością zaserwowanych ci zaskoczeń. Chodźmy do środka - całuje mnie lekko w czoło, a następnie pociąga delikatnie za sobą. Byłam pewna, że za moment znowu nie będę mogła wyjść z zachwytu przez bardzo długie minuty. Jednak to, co zastaję w środku, przekracza dosłownie wszystko.



- Wszystkiego najlepszego, Heidi! - nie zdążam nawet dobrze wejść do pomieszczenia, w którym prawdopodobnie mieścił się salon, gdy słyszę całkiem spory komitet powitalny złożony z najbliższych mi osób i przyjaciół. Przyglądam się tym wszystkim znajomym twarzą, zatykając sobie dłonią usta, absolutnie nie wiedząc, co mam powiedzieć i jak zareagować na ten ogrom przytłaczających mnie rewelacji.
- Nie wierzę, że naprawdę tu jesteście - kieruję swoje słowa w przestrzeń, nie wiedząc na kim, najpierw powinnam skupić swój wzrok. Były tu niemal wszystkie tak ważne dla mnie osoby. Do tej pory uważałam, że spotkanie ich wszystkich w jednym miejscu, graniczyło niemal z cudem. Jednakże dla osoby stojącej obok mnie i uśmiechającej się z wyraźną dumą, nie było rzeczy niemożliwych.


- Tak się cieszę, że was widzę - jako z pierwszymi witam się z niemałą radością z dawno niewidzianymi Sophie i Halvorem, których w Austrii niekiedy ogromnie mi brakowało. To właśnie dzieląca nas odległość była jedyną wadą moich niektórych przyjaciół, porozrzucanych po różnych częściach Europy. Kiedy to nie raz przez długie miesiące nie miałam okazji ich widywać, mocno odczuwając brak ich namacalnej obecności. Po krótkiej  rozmowie dość niechętnie zostawiam uwielbianą przeze mnie dwójkę w towarzystwie Inge i Michaela oraz Stefana z obietnicą, że niedługo do nich dołączę. Miałam w końcu jeszcze kilka osób, z którymi bardzo chciałam się przywitać.


- Katinka, jak ja się za tobą stęskniłam! - wpadam w ramiona swojej przyjaciółki, która tuż po zakończeniu wymiany, wróciła do swojego ojczystego kraju na ostatni rok edukacji. Teraz po długich miesiącach rozłąki znów mogłam stanąć z nią twarzą w twarz, uświadamiając sobie, że nic się nie zmieniła. Utrzymywanie kontaktu na odległość często nie było łatwe, ale jakoś dawałyśmy radę. Zobaczenie jej jednak na żywo było dzisiaj kolejnym wspaniałym prezentem.
- Na pewno nie bardziej niż ja. Poza tym nie mogłabym odpuścić sobie takiego wydarzenia i okazji na spotkanie z wami - mimowolnie spogląda rownież na Louise i Domenico, którzy odpowiadają nam serdecznymi uśmiechami. Zastanawiałam się jak to możliwe, że wtajemniczona pewnie we wszystko od dawna Louisa z niczym się nie wydała. Była przecież największą paplą, jaką znałam.


- Cześć, Mądralo - niespodziewanie dołącza do nas Thomas, który jakimś cudem umknął mi do tej pory w tym sporym tłumie. - Jak się czujesz z tym, że młodość zaczyna ci przemijać? Zegar tyka - żartuje w swoim standardowym stylu. Przytulając mnie lekko do siebie.
- Thomas? - patrzę na niego z niedowierzaniem. - Nie miałeś być teraz przypadkiem w Londynie na tym wernisażu, który tak bardzo chciałeś zobaczyć?
- Może i miałem, ale nie mogłem zmarnować takiego zaproszenia. Urodziny i parapetówka w jednym? Jak mogłoby mnie zabraknąć na takiej imprezie i to jeszcze na twoją cześć? Zresztą twojemu Stefanowi nie da się odmówić - mimowolnie spoglądam na swojego ukochanego. W życiu nie podejrzewałabym, że zaprosi nawet Thomasa. Mimo ich kilku spotkań nadal podejrzewałam, że nie do końca ufał zapewnieniom Norwega, że jestem dla niego wyłącznie jak siostra. Tym bardziej doceniałam ten gest.
- Nie sposób się tym razem z tobą nie zgodzić - przyznaję mu rację. - Och, wy się jeszcze nie znacie - przypominam sobie o obecności Katinki, przedstawiając ich sobie.


Wystarczył mi tylko krótki rzut oka na przestronną i w pełni wyposażoną kuchnię, aby zrozumieć, że wszystko tu jak i wszędzie indziej zostało urządzone stuprocentowo w moim guście. Co więcej, uświadamiam sobie, że były to dokładnie te same meble, które jeszcze kilka tygodni temu przeglądałam ot tak w naszej obecnej kuchni pod pretekstem odświeżenia wnętrz w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości.
- To po to były te wszystkie dziwne pytania o moje preferencje, co do wystroju albo umeblowania pomieszczeń, tak? Nieźle to sobie wykombinowałeś, spryciarzu. Jakim cudem ja nie wpadłam na to, że coś knujesz? - dziwię się samej sobie. To wydawało się teraz tak oczywiste. - Pytałeś o tyle szczegółów, a ja się nie zorientowałam.
- Łatwo nie było nie naprowadzić cię na jakiś trop, ale się na szczęście udało. Mam więc rozumieć, że ci się podoba? - chce się upewnić.
- Więcej niż podoba. Jest cudownie - odpowiadam, zanim nie złącze naszych ust ze sobą. To wszystko wydawało się takie nierealne. Ten dom, wizyta moich przyjaciół i całe to przepełniające mnie szczęście. Za nic nie chciałam, aby to kiedykolwiek się skończyło. Za to naszą wymianę czułości przerywa dopiero głośny dzwonek do drzwi.
- To pewnie nasi ostatni goście. Chodźmy otworzyć - łapię ufnie za dłoń Stefana, podążając w stronę drzwi wejściowych, zaciekawiona kto taki postanowił się tutaj jeszcze pojawić.



- Melduję wykonanie zadania - jako pierwszą dostrzegam Helen wprost promieniującą entuzjazmem, a za chwilę obok kobiety pojawia się mój tata we własnej osobie.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, córeczko - życzy mi z zupełną szczerością, a ja moment później tonę w jego opiekuńczych ramionach, ucieszona że znowu mamy okazję być razem. Wciąż skrupulatnie nadrabialiśmy stracone lata, ale obecnie mogłam już z pewnością stwierdzić, że udało się nam nawiązać więź, jaka powinna istnieć na linii rodzic dziecko.
- Nie sądziłam, że tak szybko wpadniesz w ponowne odwiedziny - byłam naprawdę mocno zaskoczona jego obecnością. W końcu ostatni weekend spędziliśmy wspólnie wraz z rodzicami Stefana, kiedy to nareszcie mieli okazję się lepiej poznać i na całe szczęście polubić. Ogromnie zależało mi na wzajemnej akceptacji z obydwu stron.
- Obiecałem ci, że więcej nie opuszczę już twoich żadnych urodzin. Nie mogłem cię dlatego zawieść - tłumaczy, a ja w ramach wdzięczności jeszcze mocniej się w niego wtulam. Od dłuższego już czasu skutecznie rekompensował mi na wiele sposobów swoją nieobecność w przeszłości. Doceniałam jego starania i byłam ogromnie wdzięczna, że nie poddał się na samym początku w walce o utrzymywanie przez nas kontaktu, kiedy to byłam tak temu przeciwna.
- Zapraszamy do środka - zgodnie przepuszczamy przybyłą dwójkę przed sobą.
- Nie wiem, jak ja mam ci za to wszystko podziękować. Pomyślałeś dosłownie o wszystkim - szepczę do Stefana. To były najlepsze urodziny, jakie mogłam przeżyć. O lepszych nie mogłabym nawet nigdy śmieć marzyć.
- Na pewno znajdzie się jakiś sposób, ale tym zajmiemy się później - śmieje się żartobliwie.
- Stefan, mam nadzieję, że zgodnie z moim zaleceniem, oczyściłeś ten dom białą szałwią, prawda? - ciocia Stefana przerywa naszą małą konwersację. - W drodze z lotniska wyjaśniłam nawet Rasmusowi, jakie to ważne i w końcu przyznał mi rację.
- Oczywiście, ciociu jakbym mógł cię nie posłuchać w tak ważnej kwestii - Stefan dyskretnie przekręca oczami, a ja śmieję się ukradkiem. Za nic nie zamieniłabym ich wszystkich na kogoś innego.


- Jeszcze raz dziękuję za życzenia, Eileen. Odzywajcie się gdy tylko będziecie mieć taką możliwość i uważajcie na siebie z Martinem. Po waszym powrocie na pewno musimy się spotkać - żegnam się z dziewczyną przyjaźnie, doceniając że pamiętała o moich urodzinach, mimo aktualnego przebywania w najgłębszych zakątkach Afryki, gdzie spontanicznie wybrała się ze swoim chłopakiem już ponad miesiąc temu. Gdyby ktoś kilkanaście miesięcy temu powiedział mi, że będę miała tak dobre stosunki z Eileen za nic bym w to nie uwierzyła i uznała za wyjątkowo kiepski żart. Tymczasem po wyjaśnieniu sobie wszystkich niesnasek w szczerej i bezkompromisowej rozmowie, darzyłyśmy się teraz sporą sympatią i o dziwo okazało się, że miałyśmy ze sobą wiele wspólnego. Lubiłam od czasu do czasu pobyć w jej towarzystwie i nie miałam już nic przeciwko temu, aby uczestniczyła w naszym życiu.
- Bez wątpienia. Już nie mogę się doczekać zobaczenia waszego nowego domu. Jestem pewna, że prezentuje się idealnie. Muszę niestety kończyć, Heidi. Pozdrów od nas Stefana. Do usłyszenia niedługo - zanim zdążę jej odpowiedzieć w podobnym tonie, połączenie zostaje przerwane.


Po dłuższej chwili przebywania w ogrodzie jedynie z Effim. Słyszę odgłos otwierania tarasowych drzwi, odwracam się w ich stronę, uśmiechając czule do stojącego w ich progu Stefana. Wciąż nie mając słów nad tym, jak wiele dziś dla mnie zrobił. Nadal nie dochodziła do mnie także świadomość, że naprawdę tutaj zamieszkamy i mogę nazywać to miejsce swoim nowym domem. To wykraczało po stokroć ponad moje najbardziej skryte marzenia.
- Goście odprawieni, wszystko posprzątane, a twój tata zadomawia się w pokoju gościnnym. W końcu tylko my, cisza i spokój - obejmuje mnie ramieniem, siadając obok na bujanej ławeczce, a ja od razu się do niego przytulam. To w końcu jego ramiona były dla mnie najlepszym miejscem na świecie.
- Tak szybko? Myślałam, że jeszcze z nami trochę posiedzi.  - dziwię się, doskonale wiedząc, że tata nie należał do osób, które zbyt szybko chodzą spać. - Mogłeś mnie też zawołać, pomogłabym ci sprzątać.
- Mówił, że jest zmęczony po podróży. Poza tym umówił się skoro świt na zwiedzanie tych tajemnych ruin za miastem z ciocią Helen - uśmiechamy się porozumiewawczo w swoją stronę. Obydwoje od razu zauważyliśmy, że nieoczekiwanie w te kilka godzin złapali ze sobą sporą nić porozumienia. - Chyba się ze sobą polubili. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio ciocia tak uważnie kogoś słuchała, gdy temat rozmowy nie dotyczył astrologii albo zielarstwa. To było godne podziwu zjawisko.
- Też to dostrzegłam. Kto wie, może okażą się bratnimi duszami i ze sobą zaprzyjaźnią? Obydwoje są dosyć samotni i przydałaby im się taka osoba, na którą mogą liczyć - nie miałam nic przeciwko ich powstającej relacji, a nawet trzymałam za nią kciuki. Tacie zdecydowanie przyda się jakieś towarzystwo, choćby telefoniczne. Mógł zaprzeczać do woli, ale ja i tak wiedziałam, że samotność niekiedy mocno daje mu w kość.
- Czas pokaże. Oby tylko karty tarota okazały się przychylne dla twojego taty, bo ciocia już pewnie je stawia w każdej możliwej konfiguracji. Och i jeszcze to dopasowanie numerologiczne. Bez tego ani rusz, aby mogła kontynuować znajomość - obydwoje wybuchamy głośnym śmiechem rozbawienia, gdy tylko to sobie wyobrażamy.


- Heidi? Jest jeszcze jedna rzecz, o którą chciałbym cię dzisiaj zapytać - nieoczekiwanie Stefan przerywa nasze przyjemne milczenie, gdy prawie już zapadałam w płytką drzemkę pod wpływem niezwykle przyjemnego dotyku jego palców, bawiących się moimi włosami. Otwieram leniwie oczy, podnosząc lekko głowę z jego kolan. Zauważając, że wygląda na autentycznie zdenerwowanego. Nie rozumiałam jedynie powodu tak dziwnego zachowania z jego strony.
- Śmiało. Wykrztuś to w końcu z siebie. Przecież nie gryzę - uśmiecham się zachęcająco, chcąc nareszcie dowiedzieć się, o co może mu chodzić.
- Już od dawna się do tego zbieram. Pewnie przegapiłem setki lepszych okazji na to i bez wątpienia zasługujesz na o wiele lepsze okoliczności, ale nie chcę już dłużej zwlekać. Miałem zamiar zrobić to dziś przy wszystkich, ale uznałem, że pewnie to byłoby dla ciebie za dużo. Poza tym wolę jak poślesz mnie do diabła na osobności - milknie, nieoczekiwanie klękając przede mną, co wprost odejmuje mi mowę. - Heidi, wiesz że kocham cię najbardziej na świecie i to z tobą chcę spędzić swoje życie. Jestem takim szczęściarzem, że cię mam. Dlatego czy zgodzisz się zostać kiedyś moją żoną? - pyta wyjątkowo niepewnie, a przed moimi oczami pojawia się najpiękniejszy pierścionek pod słońcem z malutkim diamencikiem. Był idealny i jakby stworzony wprost dla mnie, co wywołuje we mnie kolejną już dzisiaj autentyczną falę wzruszenia. Nigdy bym też nie przypuszczała, że odpowiedź na tak poważne pytanie, może być tak banalnie prosta. Nie musiałam się wahać nad odpowiedzią ani sekundy. Była ona jak najbardziej oczywista.
- Oczywiście, że tak, głuptasie. Naprawdę myślałeś, że mogłabym się nie zgodzić? - przyjmuję pierścionek ze śmiechem radości i przepełniającym mnie wewnątrz szczęściem. Przyglądając, jak pięknie prezentuje się na mojej dłoni.
- A od kogo nasłuchałem się, że zaręczyny są strasznie przereklamowane? - patrzy na mnie z przekorą, zbliżając swoje usta do moich.
- Chodziło mi o te wszystkie wymyślne okoliczności, a nie sam fakt zaręczyn. Prześciganie się, kto zrobi to w bardziej wymyślnym miejscu albo w oryginalnym sposobie - poprawiam go. Nasze zaręczyny za to uważałam za idealne. Skromne, proste i po prostu nasze. Przede wszystkim ten moment mogliśmy dzielić tylko ze sobą. - Kocham cię, Stefan i jeśli kiedykolwiek mam zawrzeć z kimś małżeństwo, to tylko z tobą. Jesteś jedyną osobą, z którą mogę popełnić takie szaleństwo - zapewniam go, zanim nie zatracimy się w pocałunkach pełnych miłości i wzajemnego oddania. Zapominając przy tym o całym otaczającym nas świecie.
- Trzeba jakoś uczcić tę wiekopomną chwilę. Poza tym musimy jeszcze przetestować, czy nasze łóżko w sypialni jest wygodne - szepcze mi uwodzicielsko do ucha, znacząc sobie od niego ścieżkę mokrymi pocałunkami do mojej szyi.
- Zapomniałeś, że mój tata jest z nami? - przypominam przytomnie ostatkiem rozsądku, zanim poddamy się wzajemnemu pożądaniu i zatracimy w tej niesłabnącej ani trochę między nami namiętności.
- A myślisz, że kto zadbał o to, aby pokój gościnny znajdował się dokładnie na drugim końcu korytarza niż nasza sypialnia? - patrzy na mnie z dumą, przyprawiając o kolejny głośny wybuch śmiechu.
- Jak zawsze przebiegły - kiwam głową z uznaniem, całując go w nagrodę.
- Próbuję ci tylko dorównać - bierze mnie na ręce, mimo moich protestów co do noszenia mnie, idąc w kierunku domu. Nie zaprzestając przy tym ani na sekundę swoich coraz bardziej gorących pocałunków. Byłam tak ogromnie wdzięczna losowi, że postanowił spleść ze sobą nasze drogi i połączyć w jedną, którą będziemy podążać razem aż do końca, o czym byłam przekonana. Najbardziej jednak byłam wdzięczna, że Stefan nie nauczył mnie tylko kochać drugiej osoby, ale całe życie. To dzięki niemu z radością czekałam na każdy nowy dzień i zrozumiałam, co to znaczy być naprawdę szczęśliwą.

__________

Dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną podczas tworzenia tej "skoczkowej trylogii", jak to ktoś kiedyś ładnie nazwał. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz